Cztery dni pedalowania

Zanim o dalszej podrozy na poludnie, to pozwolcie, ze jeszcze kilka fotek z Casy:

Architektura kolonialna zawsze mnie zachwyca


W „mojej” medinie wieczorem

Zdazylem spotkac Polakow – w niedziele wieczorem w medinie dwie Polki podrozujace po Maroku z plecakami. Nazajutrz zdaje sie, ze jechaly w gory. Pozdrawiam serdecznie!
Z kolei w poniedzialek w Rabacie, przy odbieraniu wizy mauretanskiej, spotkalem trzech chlopakow z Gdyni, Grzeska, Szczepana i Szymona. Jada dwoma mercedesami – „beczkami” do Dakaru. Choc poczatkowo o tym nie mysleli, to planuja sprzedac auta na mecie, bo juz tutaj proponuja im cene niewiarygodnie wysoka sumke, a im dalej, tym drozej. Takich aut jest tu mnostwo – jezdza wzdloz calego wybrzeza Maroka jako zbiorowe taksowki. Chlopaki odbili na poludniowy zachod, zobaczyc marokanska pustynie. Moze jeszcze spotkamy sie na trasie. Aha, podali mi linka do swojej strony, ale zostawilem kartke w hotelu, dopisze nastepnym razem.


Wtorek 18-11-2008
Tuz po zachodzie slonca, dzika plaza kawalek za El-Djedida. Leze przed namiotem, brzuchem na karimacie, szum fal.

Ciesze sie ze zrealizowanego planu na dzisiejszy dzien. Przy bezwietrznej pogodzie przejechalem 115 km. Wyruszylem z Casy o 8:30. Miasto o tej godzinie tonelo we mgle, ktora ustapila dopiero, gdy slonce zaczelo mocniej swiecic. To moj pierwszy naprawde „dziki” nocleg. Ciesze sie intymnoscia. Przede mna na horyzoncie kilka statkow powoli przesuwa sie w prawa strone, nastepnie jeden po drugim znikaja w oddali. Wsluchuje sie w uspakajajacy szum fal. Jestem sam, ale szczesliwy.


Opuszczajac Casablanke nie moglem sie nadziwic, jak wielu ludzi dba o sprawnosc fizyczna. Cala dluga i szeroka poludniowa plaza roila sie od mlodziezy grajacej w pilke, a wzdluz drogi, chodnikiem bulwaru biegali na sportowo ubrani Marokanczycy w roznym wieku. Co prawda wtorek byl dniem swiatecznym, ale to chyba nie byl dzien sportu. Nic, tylko brac przyklad.


Sroda, 19-11-2008
W namiocie na klifie, ok. 35 km przed Safi, ok. 19:00

Dzis juz nie bylo tak latwo jak wczoraj. Co prawda udalo mi sie zrobic 101 km, ale okupione to bylo nielada wysilkiem. Daly mi sie we znaki liczne podjazdy i lekki przeciwny wiaterek. Tak wczoraj jak i dzisiaj, droga prowadzila przez zielone rolnicze tereny. Mijalem miejscowych ciezko pracujacych w polu, prawie wszyscy mnie pozdrawiali. Po prawej ocean, raz blizej, raz dalej, trudno nie patrzec w jego strone. Wyruszylem ok 8:30, a w poludnie bylem juz zupelnie wyczerpany. Wczoraj o tej porze bylem 20 km dalej. Koniecznie musialem zjesc porzadny posilek, bo dwa male banany na sniadanie to stanowczo za malo. Zatrzymalem sie w malej miescinie, w lokalnej knajpce, znajdujacej sie w ciagu warsztatow i mini-sklepikow. Tu zjem dobrze i tanio. Specjalem kulinarnym Maroka jest Tanji - mieszanka roznych warzyw oraz mieso zapiekane w oryginalnym kamionkowym naczyniu o stozkowatym ksztalcie. Zamowilem i czekalem, obserwujac grupe dzieci, ktore wlasnie wrocily ze szkoly na przerwe i zamelinowali sie w sasiednim lokalu. Niektorzy zamowili sobie cos w rodzaju fasolki po bretonsku i jedli ja lypiac to na mnie, to na moj rower z zaciekawieniem. Po chwili zrobilo sie ich wiecej, czulem na sobie ich spojrzenia. Padla niesmiala proba kontaktu – ktorys niesmialo rzucil – bonjour monsieur. Nie podjalem rozmowy. Ja jeden, ich 15, juz widze, jak by sie to skonczylo, nie zjadlbym spokojnie. W koncu maly chopiec, pewnie syn wlasciciela, elegancko podal mi wszystko do stolika jak nalezy. Zjadlem z apetytem, wypilem kawe i zapytalem szefa ile place. Ten chyba jednak nie byl szefem, bo dyskretnie skonsultowal sie ze starszym jegomosciem pilnujacym grila, pewnie jego ojcem i ostatecznym wlascicielem knajpy. Wysokosc rachunku powstalego z kapelusza, najpewniej po pobieznej ocenie zasobnosci portfela klienta, nieco mnie zaskoczyla. Co prawda jedzenie bardzo mi smakowalo, moze nawet bylo to najlepsze danie jakie do tej pory jadlem w Maroku, ale tyyyle to bym zaplacil za to samo danie w duzym miescie w sredniej klasy restauracji. No coz, pozory myla, warto wczesniej zapytac o cene, nawet, a moze szczegolnie w takich miejscach.
W kazdym razie pojechalem z nowymi silami, powoli godzac sie z zaplaconym rachunkiem. Oualidia jest bardzo malownicza miejscowoscia, ale nie mialem czasu sie zatrzymywac na dluzej. Zrobilem zdjecie laguny, zapas zywnosci na wieczor i pojechalem dalej, w poszukiwaniu miejsca na nocleg.

A moze by tak rzucic wszystko i zamieszkac tutaj...?


Kolacja na klifie to niezapomniane przezycie. Brak wiatru i cieply wieczor przyjemnosc te potegowaly. Na wprost mnie, na plazy, lezy wielki skalisty glaz, na ktorym mozna bylo dostrzec dwie dlugie wedki. Podczas rozbijania namiotu, ich wlasciciele nieoczekiwanie znalezli sie obok mnie - to ich szlak powrotny. Jeden z nich zagaduje sympatycznie, jednak brak znajomosci wspolnego jezyka ogranicza rozmowe do gestow. Oni ciekawsko zagladaja do wnetrza namiotu, a ja do ich kosza z rybami. Poczestowalem ich woda, wkrotce poszli dalej.


Piatek 21-11-2008, Essaouria

Wczorajsze wydarzenia odtwarzam z pamieci, nie mialem wczoraj mozliwosci zrobienia notatek.
Dzien zaczal sie niezle, wyruszylem przed 9:00, wiatr mi sprzyjal. Do Safi mam tylko 30 km. Tuz przed miastem widze nadjezdzajacego z naprzeciwka rowerzyste z sakwami. Tym razem to mlody Belg z pod Brukseli. Vincent jest przy koncu swojej wyprawy, ktora rozpoczal na rowerze z samej Belgii. Przez Francje i Hiszpanie dotarl do Maroka, podrozowal glownie po gorach. Wraca juz, bo w Atlasie coraz wiecej sniegu. Czestuje mnie czekolada, wypytuje o moje plany, wymieniamy uwagi na temat rowerow i sprzetu. Opowiada o ciekawych miejscach w Senegalu, gdzie kiedys byl, choc nie na rowerze. Pyta, czy juz kiedys robilem podobna trase na rowerze, ja, ze nie, ze to pierwszy raz, na co on: no tak, przychodzi dzien, kiedy siadasz na rower i jedziesz...


Safi okazuje sie interesujacym miastem, szczegolnie jego czesc przy samym porcie i plazy. Dojechawszy tam kolo poludnia, wybieram knajpe na sniadanie. Kelner zaprasza juz z daleka, zmeczony opieram rower. Ryby z grila? owoce morza? kalmary mamy swietne! Nie, nie, ja tylko na sniadanie. Macie cos na sniadanie? chleb, jakas salatka? tak, tak, prosze siadac. Po chwili stawia przede mna salatke, cieply sos pomidorowy, pieczywo i talerzyk zdjetych prosto z grila kalmarow, po czym wskazujac na niego palcem, znaczaco dodaje - to sa kalmary, prosze Pana. Nie protestuje, najwyzej na kolacje zjem jak wczoraj - chleb z serem, pomidory i takie tam...


Za Safi droga robi sie coraz trudniejsza, coraz to stromsze podjazdy odbieraja mi sily. Na jednym z nich w koncu kapituluje - zsiadam z roweru i pcham go po raz pierwszy, jak sie pozniej okazalo - nie ostatni. W zasadzie nie musze dzis dojechac do konkretnego celu, wystrczy podjechac jak najblizej Essaourii, aby jutro w miare wczesnie sie w niej znalezc i miec czas spokojnie poszukac noclegu. Tak czy inaczej czuje, ze daleko juz dzis nie zajade. Robie zakupy na kolacje w niewielkiej rybackiej wiosce i ruszam, intensywnie rozgladajac sie za miejscem do rozbicia namiotu.

Nie jest z tym tak latwo, bo wzdluz drogi po obu stronach ciagna sie pola, na ktorych wciaz pracuja ludzie. Zarowno ich jak i moj rytm dnia wyznacza wschod i zachod slonca. Gdy budze sie zmarzniety zbyt wczesnie rano, czekam do siodmej, na wschod slonca, dopiero wtedy jest sens wstawac. Teraz zerkam co chwile na zegarek, aby sprawdzic, ile jeszcze mam czasu do zmroku. Slonce zachodzi wczesnie - przed 18:00. Najpozniej po piatej musze znalezc legowisko. Wciaz pola i pola, a ja juz nie mam sil. Do plazy kilkaset metrow, nie ma nawet sciezek wiodacych do niej miedzy poletkami i grodzonymi pastwiskami. Ale Vincent wspominal, ze bedzie gdzie sie zatrzymac. Spogladam na mape, droga za jakis czas powinna zblizyc sie do plazy, to pewnie o to miejsce chodzi. W koncu jest - co prawda do plazy daleko, ale jest polna droga w jej kierunku. Skrecam w nia, poczatkowo jedzie sie dobrze, ale po chwili zmienia sie calkowicie piaszczysty trakt. Mam okazje sie przekonac, czy rower po piachu pojedzie. Nie pojedzie. Przynajmniej moj. Pchanie to tez nielatwa sztuka. Jedna reka musze unosic siodelko roweru odciazajac tylne kolo, a druga pchac kierownice - tylko tak moge przesuwac sie do przodu. Tak tu pieknie, jakby szeroki piaszczysty wawoz, w oddali piekny widok na plaze i blekitny ocean. Jeszcze kawaleczek, tu po prawej, za gorka, bede mial dluzej slonce. Uff, jestem na miejscu.

Zwawo zabieram sie za rozbijanie namiotu rozgladajac sie raz po raz za najlepszym miejscem na kolacje przy zachodzie slonca. Wbijam ostatnia szpilke, podnosze sie, a tu przede mna, jak by z ziemi wyrosl, stoi usmiechniety staruszek, w turbanie i stylowych mlodziezowych czarnych okularach przeciwslonecznych. Bonjour - zagaduje. Podaje sie za stroza tej okolicy. Troche sie zmartwilem, myslalem, ze spedze upojny wieczor w blogiej samotnosci, a tu masz... No nic, rozmawiamy, a raczej gestykulujemy. Staruszek nastawiony jest przyjaznie, nie wygania mnie, ale usilnie chce nawiazac rozmowe, a mi w glowie tylko jedno - kolacja. Zaczyna cos tlumaczyc i pokazuje gestem, zebym szedl za nim. Chyba troche go rozumiem, zdaje sie, ze mowi tak:

- choc, pokaze Ci fajne miejsce, ja tam sobie siedze. Tutaj nie jest najlepiej, spojrz na slady - tu jezdza traktory, motory, bedziesz mial halas. Choc, choc - wspinamy sie na niewielkie wzniesienie, idziemy dosc szybko, on w japonkach, potyka sie raz po raz, ale szybko wstaje, krzepki ten staruszek. W koncu jestesmy na szczycie, ktory tworzy mala niecka. Jest tu szalas, a obok, przy krawedzi gorki, otoczone piaskiem zarzy sie male ognisko, a przy nim maly czajniczek. Siadamy, stroz czestuje mnie herbata, nastepnie fajka i powtarza - tu jest lepiej, widac cala okolice, a jednoczesnie milo i spokojnie. Zacheca mnie do przeprowadzki. Poczatkowo niechetny perspektywie spedzenia wieczoru ze staruszkiem, zmieniam zdanie. Przenosze sie ze wszystkim ku uciesze Arkhaba, jak sie pozniej przedstawil. Jem kolacje, czestuje go, ale nie chce, woli palic swoja fajke. Z ledwoscia udaje mi sie wcisnac mu mandarynke, ktorych kupilem caly woreczek. I tak sobie siedzimy, Akhrab opowiada o zyciu stroza, zdaje sie, ze wchodzi na tematy polityczne, chwalac obecny uklad rzadzacy. Ja glownie potakuje ze zrozumieniem. W koncu zrobilo sie ciemno, Akhrab wstaje, zegna sie ze mna serdecznie i odchodzi. Mieszka w pobliskiej wiosce. Ja z kolei laduje sie do namiotu. Chce skreslic chocby kilka slow, ale nie moge znalazc latarki. Przeszukuje pokolei wszystkie sakwy i nic. Wierzcie mi badz nie, ale w ciagu dwoch dni zgubilem obydwie latarki. Niby pamietam, ze gdzies je chowalem, ale gdzie? Goraczkowo po omacku jeszcze raz szukam we wszystkich mozliwych miejscach, myla mi sie sakwy, jestem wsciekly na siebie. Ostatecznie godze sie z porazka i dojadam drugi kawalek chleba, ktory mi zostal i klade sie spac. W nocy meczy mnie katar, budze sie dosc pozno, lekko przeziebiony. Zwijam biwak i jade dalej, mam ok. 50 km d Essaourii. Od samego poczatku, pomimo sprzyjajacego wiatru, idzie mi kiepsko. Takze humor mialem do niczego przez te zgubione latarki. Trzeba bedzie pochodzic za latarka w Essaourii.

Podjazd za podjazdem, a ja zupelnie dzisiaj bez formy. Zaczynam brac je na raty. Gdy widze dlugi stromy zjazd, wcale nie popadam w euforie, przeciwnie, martwie sie perspektywa nieuniknionego podjazdu, ktory pokaze sie juz za chwile. Ale jeden zjazd jest wyjatkowo stromy i dlugi. Robie zdjecie predkosciomierza przy 55 km/h. Rekord - mysle sobie. Po chwili podjazd, a za nim kolejny stromy zjazd. Tym razem po osiagnieciu 62.5 km/h zaczynam hamowac, nawet nie mysle o robieniu zdjecia.


Dalej dluga, dluga prosta, wydaje sie, ze tak juz bedzie przez dluzszy czas, ale w oddali na wzgorzu zlowrogo polyskuje serpentyna stromego podjazdu. Wiedzialem co sie swieci. Bezposrednio przed atakiem „szczytowym” zatrzymalem sie na odpoczynek. Zjadlem to co mi zostalo z wczorajszej kolacji, czyli pomidor, pomarancza i dwie mandarynki. W takiej tez kolejnosci je wsunalem i ruszylem na boj. Moj czarny scenariusz sie potwierdzil, to byl podjazd smierci.

Odpoczywalem chyba z 10 razy, na przemian podjezdzalem i pchalem rower. Brnalem tak powoli do gory, wyznaczajac sobie kolejne male cele, do tego krzaka, do kamienia za nim, jeszcze kawalek... Ale nawet podjazdy smierci sie kiedys koncza. Dalej bylo juz calkiem niezle, a od pewnego momentu nie musialem pedalowac juz do samej Essaourii.


Po wjezdzie na teren pelnej zycia mediny, dalem sie namowic naganiaczowi na hotel za 100 DA, nie mam juz sil szukac. Jutro zmienie na tanszy, chce jesc... Rozpakowuje bagaze na lozku, oprozniam plecaczek fotograficzny przystosowujac go do potrzeb miejskiej wloczegi i... znajduje obydwie latarki...!



Na specjalna prosbe Jerzyka - tak wygladam po przyjezdzie do Essaourii...


Casa

Casablanca, Hotel Des Amis, sobota, 15-11-2008, godz. 23:50

Wjechalem do centrum. To wielka metropolia, rozmach, gwar i zgielk. Rabat na tle Casy wydaje sie bardzo grzeczny. Tu zycie na ulicach jest szalone, wrecz dzikie. Wielopasmowe ulice pelne szybkojadacych aut, tlumy ludzi, gdzie nie spojrzec, miasto tetni zyciem. Podoba mi sie.



Poczatkowo planowalem nocleg na polu kempingowym kawalek za miastem, jednak po wjechaniu do centrum postanowilem sprawdzic ceny noclegow w tanich hotelikach w medinie. Moj rower obladowany sakwami pchany waskimi uliczkami starego miasta wzbudzal spore zainteresowanie tutejszych sprzedawcow. Pytam o nocleg w kilku miejscach - bezskutecznie. Zaczepia mnie pewien chlopak, z niezlym akcentem po angielsku zagaduje o rower. Nienagannym wygladem takze wzbudza moje zaufanie. Idziemy, rozmawiamy sobie, prwedstwia sie - Jao - z Irlandii. Po chwili jednak zdradza, ze tu mieszka, tu w medinie. Zna kazdy kat i jesli potrzebuje, to mi pomoze. No to szukamy hotelu. Prowadzi mnie najpierw do najlepszego w medinie. Sugeruje, ze wolalbym cos tanszego. Idziemy do innego, gdzie - jak twierdzi - bardzo mi sie spodoba i cena i wszystko. Po drodze rzuca mimochodem, ze bedzie wdzieczny za jakikolwiek datek za okazana mi pomoc. Wlasciciel jest zajety modlitwa, musimy chwile zaczekac na zewnatrz. Czekamy, Jao caly czas usmiechniety, ale zdradza objawy zniecierpliwienia.
– w takim razie ja juz cie zostwie – mowi i czeka z niepewnym usmiechem na twarzy.
– dziekuje, trzymaj sie!
Lekko zdeprymowany brakiem wlasciwej reakcji z mojej strony powtarza:
– To moje zajecie, pomaganie innym, bede wdzieczny za jakakolwiek pomoc.
Znow odtwarza szczery, przyjacielski usmiech na swojej twarzy. Po nabraniu glebszego oddechu, odpowiadam:
– Nie gniewaj sie stary, ale pol roku drogi przede mna, jak bym tak kazdemu dawal napiwek za okazana pomoc, rozdalbym wzsystkie pieniadze.
– Ale ja nie oczekuje wiele, przyjme kazdy grosz, pomaganie innym...
– Jao, ale jezeli ja proponuje komus pomoc, to niespodziewam sie wynagrodzenia. A poza tym, jeszcze nie wiem, czy ten hotel ma wolny pokoj.
Jao wszedl jeszcze raz do hotelu i zamienil dwa slowa z wciaz modlacym sie wlascicielem. Wychodzi po krotkiej chwili, usmiech nie znika z jego twarzy:
– Miales racje, wszystko zajete.
Idziemy dalej, przechodzimy obok Hotel Des Amis, rekomendowanego przez Pascala. Wchodzimy do skromnego ale czystego holu. Jest wolny pokoj, niedosyc ze tanio, to jeszcze na parterze przy samym wejsciu, co dla rowerzysty jest nie bez znaczenia. Decyduje sie natychmiast i ide odprowadzic Joe przed drzwi hotelu. Wyciagam kilka monet, chce mu wreczyc, a Jao ze nie, ze dziekuje, ze cieszy sie, ze mogl mi pomoc. Czyzby moj krotki wyklad zadzialal i zrobilo mu sie glupio? A moze spodziewal sie banknotu? Tego nie wiem, ale wyciagam aparat– zasluzyl na zdjecie.


Caza, niedziela 16-11-2008, ok. 18:30, kawiarnia Paris Dreams przy deptaku

Siedze przy malym, okraglym, czarnym stoliku przed kawiarnia, twarza zwrocony na gwarny deptak. To tutaj najpopularniejszy sposob siadania. Wewnatrz lokalu pustki, a wszyscy siedza na zewnatrz, w jednym lub dwoch rzedach, rowno obok siebie ustawionych krzesel. Czasem w malych grupkach, czesto samotnie, patrza przed siebie kontemplujac otaczajaca rzeczywistosc. Pija kawe lub herbate, ja zamowilem herbate. Serwuja ja w malych zdobionych srebrnych imbryczkach, przykrytych urocza malutka czapeczka, aby sie nie poparzyc nalewajac do szklanki. To kompletu dwa miniaturowe ciasteczka i obowiazkowa szklanka wody. Wypijam lyk i czekam, az herbata sie zaparzy.

Hotel w medinie to byl dobry wybor. Wszedzie z tad blisko, do cyber-kafejki mam kilka krokow, sklepik spozywczy naprzeciwko drzwi hotelu. Dobrze sie tu czuje. Dzis zmienilem sie z podroznika w prawdziwego turyste. Rano poszedlem obejrzec symbol i dume dzisiejszej Casablanki – meczet Hassana II. Ta wielka, nowa budowla jest trzecia co do wielkosci swiatynia na swiecie. Wysoki, 200-metrowy slup minaretu widoczny jest juz z daleka, jednak prawdziwe wrazenie meczet wywiera gdy sie podejdzie blizej. Gmach meczetu wraz z minaretem sa imponujace i okazale, ale wrazenie to zdecydowanie poteguje gigantyczny plac ze szlifowanego piaskowca, przez ktory trzeba przejsc, aby podejsc do samej swiatyni.

Automatycznie siegam po aparat, ale w mig uswiadamiam sobie, jak trudno bedzie znalezc nowy, oryginalny kadr, bowiem takie miejsca sa najczesciej i najlepiej ofotografowanymi na swiecie. Postanawiam skupic sie na ludziach. Wybieram interesujacy kadr i zaczajam sie na odpowiednia ofiare. Moze to byc marokanski duchowny ubrany w tradycyjny stroj, ale najlepiej kobieta, ubrana w szate w kolorze silnie kontrastujacym do piaskowego tla, o pieknej egzotycznej twarzy. Tak, ja to mam zachcianki. Ale mam czas, cierpliwie przeczekuje pochody europejskich i tutejszych turystow. Miejsce to przypomina mi swa atmosfera glowna swiatynie w Angkor Watt, a takze Taj Mahal. Pamietasz Doman? Tam tez trafilismy w niedziele, gdy licznie zjezdzaja sie miejscowi turysci. Mam jeszcze jedno skojarzenie, mniej mile – Lichen. Ale to przez prace konstrukcyjne, ktore tu wciaz trwaja.

Idzie stary immam. Nadaje sie (daje rade, jak to sie teraz mowi). Podnosze aparat, ale odwraca glowe w przeciwna strone, czekam, az sie odwroci. W koncu odwraca sie, ale jest juz na mniej ciekawym tle, wchodzi w cien, nici ze zdjecia. I tak mozna siedziec godzinami i nic nie ustrzelic. Ale tym razem mi sie udaje. Kobieta, co prawda z twarza w cieniu, ale zlapana na spektakularnym wykroku. Zmieniam miejsce, kombinuje, ale juz nic ciekawego nie udaje mi sie sfotografowac. Mecze architekture meczetu.




Nie nadaje sie na reportera, wiem to od dawna. Reporter podchodzi do czlowieka calkiem blisko i wtedy robi mu zdjecie. Pamietam, jak kiedys moj ulubiony wykladowca z Akademii – pan Wojciech Prazmowski – cytujac kogos, okreslil to tak: „to trzeba po prostu walic prosto w ryja!”, dodajac, ze sam niepotrafi. Ja za panem Prazmowskim. A szkoda, bo egzotyczna uroda Marokanek kusi...

Czasem brakuje mi czujnosci. Wczoraj w medinie, wracajac z kafejki internetowej do hotelu, dostrzeglem interesujacy zaulek. Wyciagam aparat, robie zdjecie. Obok dwie urocze male dziewczynki, podchodza do mnie zaciekawione:

– Hola! – zagaduje do mnie jedna z nich po hiszpansku.

– Hola – odpowiadam.

– Que tal? – mala nie daje za wygrana.

– Muy bien, gracias.

Przechodzimy gladko na francuski, dzieczynki informuja mnie co to za budynek, czytajac namalowany szyld. Usmiecham sie, dziekuje, ide dalej. Dopiero po chwili zdalem sobie sprawe, ze smialo moglem im zrobic portret z bardzo bliska! Za poxno, poszly gdzies, na drugi raz bede czujniejszy.

.

Operacja WIZA

Nazajutrz wstaje wczesnie, aby zdazyc na 9.00 do ambasady Mauretanii. Trafilem bez klopotu. Tak jak przeczuwalem, wiza bedzie do odbioru dopiero w poniedzialek. Trudno, weekend poswiece na zwiedzanie Rabatu i okolic. Jade sobie do prawobrzeznej dzielnicy Rabatu – Salé, rozmyslam, rozwazam nocleg na pobliskim polu kempingowym. Wtem blysk i trzask, strzelila iskra w polaczeniach miedzy neuronami w mojej glowie. Wpadlem na swietny pomysl: jeszcze dzis rusze w strone Casablanki rowerem, zostawie go tam wraz z bagazami w jakims tanim hoteliku, a w poniedzialek pojede pociagiem do Rabatu odebrac wize i wroce jeszcze tego samego dnia. W ten sposob zyskam jeden dzien, bo we wtorek rano rusze dalej na poludnie juz nie z Rabatu, tylko juz z Casablanki! Chytry plan, prawda? Tylko dlaczego od razu o tym nie pomyslalem, nie telepalbym sie pociagiem z rowerem do Rabatu, nie tracilbym pieniedzy, tylko pojechalbym sam, zlozyl podanie i wrocil. Zabraklo tej drugiej glowy, oj zabraklo...

Tak czy inaczej, dzieki calej oparacji podrozy pociagiem, zaoszczedzilem 2 dni. Cale dwa dni najlepszej pogody w Mauretanii, ktora trwa od poczatku listopada do stycznia, czyli tylko 2 miesiace.
Skierowalem sie z powrotem do lewobrzeznego Rabatu obierajac malownicza trasa wzdluz wybrzeza. Po lewej stronie zabudowania starej, historycznej czesci miasta, po prawej blekitny Atlantyk. I tak sobie jade, podziwiam widoki, a z naprzeciwka nadjezdza inny rowerzysta, rowniez z sakwami. Pozdrawiamy sie, zatrzymujemy, on przechodi na moja strone. Usmiechniety Marokanczyk okolo 50-tki. Podrozuje po kraju, zrobil – jak sie wyrazil – „mala rundke” po kraju i tu zaczal wymieniac miejscowosci w ktorych byl. Wedlug pobieznych szacunkow zrobil jakies 1500 km! Szacun. W zasadzie juz wraca do Meknes, skad pochodzi. Gratuluje mi pomyslu wyprawy, zatroskany jednoczesnie brakiem opon szosowych w moim rowerze. Serdecznie zaprasza mnie do siebie, jesli bedzie mi po drodze. Nie bedzie – i tak zaprasza. Zegnamy sie usmiechnieci. Jeszcze jedno! – wolam. Zdjecie. Postanowilem sfotografowac wszystkich przyjaznych mi ludzi, jakich poznam na trasie.



Ouszczam Rabat, jade dalej w kierunku Casablanki. Przed Mohammedia mila niespodzianka – pole kempingowe „Camping Ocean Bleu”. Przyjemne, zaciszne miejsce, zostaje. Rozbijam namiot, zakupy w pobliskiej l'épicerie (spozywczaku), krotka sesja zdjeciowa przy skalistej plazy i laduje sie do namiotu. Kolacja, spiwor, zaczynam pisac. Pisze kilka zdan, ale zmeczenie ogarnia mnie calkowicie, jutro dokoncze. Zasypiam natychmiast, choc jest dopiero 19:00.





Budze sie po 7-ej, mam duzo czasu. Musze przepakowac sakwy. Przy pakowaniu sakw nalezy wziac pod uwage az trzy czynniki:
  1. Praktyczny – na wierzchu to, po co siega sie najczesciej, a na dnie to co najrzadziej.

  2. Techniczny 1 – ladunek w sakwach nalezy rozlozyc rownomiernie, tak, aby kazda z sakw miala podobna wage. W przeciwnym wypadku rower bedzie ciazyl w jedna strone.
  3. Techniczny 2 – aby rower sie dobrze prowadzil bez chybotania na boki, srodek ciezkosci nalezy maksymalnie obnizyc. W tym celu najciezsze rzeczy umieszczamy na dnie sakw, a najlzejsze na wierzchu.

Zwazywszy, ze owe czynniki czesto moga sie wzajemnie wykluczac, kopromisy sa nieuniknione.

Ruszam w dalsza droge ok. 10:30. Nie zmieniam przyzwyczajen – ruszam bez sniadania. Zjem jak zglodnieje. Po godzinie docieram do Casy i tu decyduje sie zatrzymac w barze przy stacji benzynowej Afriquia. Zamowilem sliczna salatke o licznych skladnikach: salata, ogorek, fasolka szparagowa (zielona), starta marchewka, ryz, tunczyk, jajko, buraczki pokrojone w kosteczke, dookola krazki soczystej pomaranczy, a calosc polana delikatnym lekkim sosem majonezowo-jogurtowym. Do tego chleb pszenny, kawa z mlekiem, podawana zawsze ze szklanka wody.

Trapia mnie wyrzuty sumienia, zakladany dzienny budzet (30 zl) przekroczylem juz wielokrotnie. Z drugiej strony, zalozenia tego budzetu byly takie, ze wydaje tylko na jedzenie. Zatem w budzecie na jedzenie mieszcze sie znakomicie, a pozostale wydatki to bardziej lub mniej przewidziane koszty logistyczne poczatku wyprawy. Co prawda moglbym troche zaoszczedzic na jedzeniu i w ogole nie jadac w barach, tylko kupowac produkty w sklepie. Ale Ci z Was, ktorzy mnie znaja lepiej, wiedza, ze akurat na jedzeniu to ja oszczedzac nie potrafie, szczegolnie na wyjazdach. Dla mnie bowiem jest to jednen z przyjemniejszych aspektow poznawania nowych stron, nowych krajow! W Maroku trudno umrzec z glodu, jedzenie jest pyszne i roznorodne, a przy tym dostepne na kazdym kroku i stosunkowo niedrogie. Mam wrazenie, ze wszyscy tu zywia sie w knajpach. Nie mozna sprzeciwiac sie naturze miejsca, w ktorym jestesmy...


p.s.
Rachunek za powyzsze sniadanie – 8 zl.
.

Pierwszy dzien z Afryce

Piatek, 14 listopada 2008, pod namiotem. 18:33

Odprawa paszportowa, odbior bagazu, rozpakowanie roweru, przepakowanie i zamontowanie sakw – wszystko poszlo zgodnie z planem. Teraz czeka mnie podroz pociagiem 100 km na polnoc do Rabatu, tam bowiem znajduje sie ambasada Mauretanii, gdzie zloze wniosek o wize. Wybralem pociag, poniewaz w ten sposob zdaze dotrzec do ambasady w piatek rano, bo w weekend nic juz nie zalatwie. W najlepszym wypadku odbiore wize jeszcze tego samego dnia, a w najgorszym w poniedzialek. Zyskuje dzieki temu co najmniej jeden dzien, jeden cenny dzien najlepszej pogody w Mauretanii.

Faktycznie, zgodnie z opisem w przewodniku, aby dostac sie na dworzec kolejowy, nie trzeba wychodzic z budynku lotniska. Przy kupowaniu biletu okazalo sie, ze o ile teraz moge wsadzic rower do wagonu i dojechac tak do Casy (tak tu skracaja nazwe Casablanca), to dalej do Rabatu musze nadac rower jako przesylke w specjalnym biurze przewozow towarow. Tam niemila niespodzianka – 150 DA za rower plus 45 DA za 4 sakwy. Razem to ok. 70 zl, czyli, przy cenie biletu pasazerskiego na tej trasie wynoszacej 10 zl, to wyjatkowo duzo. Musialem szybko podjac decyzje, bo robilo sie juz coraz pozniej. Uznalem, we w tej chwili nic madrzejszego nie wymysle, i upewniwszy sie, ze bagaz i ja pojedziemy tym samym pociagiem, nadalem rower i sakwy. Zrezygnowalem z deklaracji wartosci, aby oszczedzic kolejnych 20 zl. Bylem juz porzadnie zmeczony i glodny, wiec korzystajac z 1,5 godz. czasu jakie mi zostly do odjazdu pociagu, udalem sie do pobliskiego baru. Zjadlem dwa pyszne kebaby (w smaku zupelnie inne niz wszystkie), popilem mocna kawa i wzialem sie za analizowanie planu Rabatu pod katem dojazdu z dworca do hotelu. Na dworzec wrocilem nieco wczesniej, aby upewnic sie i sprawdzic wlasnymi oczami, czy aby na pewno moje bagaze pojada razem ze mna.
Pociag mial opoznienie, ruszylismy dopiero o 21:00. Wybralem wagon sasiadujacy z wagonem bagazowym. Siedzialem wygodnie w miekkim fotelu, ale caly czas bylem spiety, podenerwowany. Jeszcze raz ogladalem mape dojazdu do hotelu. Wypytywalem konduktora, kiedy bedzie moja stacja, gdyz wysiadalem stacje wczesniej w stosunku do glownej w Rabacie (nie wszedzie maja serwis bagazowy). W koncu jest – Rabat-Adgel. Wysiadam pospiesznie, zagladam przez otwarte drzwi wagonu bagazowego, pytam o moje sprzety. Bagazowy uprzejmym glosem uspokaja mnie, proszac, abym udal sie do biura bagazowego i tam zaczekal na swoja przesylke. Wole zaczekac, upewnic sie, odchodze kilka krokow i przygladam sie akcji wyladowania bagazy na specjalny wielki wozek. Wszystkie moje cztery sakwy laduja jako pierwsze, uspokajam sie. Z rowerem pewnie czekaja na sam koniec. Kartonowe paczki pospiesznie rzucane bez ladu i skladu tworza coraz wieksza konstrukcje. Jedna z nich laduje na ziemi, cos sie z niej wysypuje. Nikt z przygladajacych sie nie reaguje. W koncu bagazowi daja znak konduktorowi, ze pociag moze ruszac. Ten daje sygnal latarka w strone lokomotywy. Jak to koniec? A moj rower?! Podbiegam do jeszcze otwartych drzwi wagonu i stanowczym glosem mowie do usmiechnietego bagazowego, ze ten o to oparty o sciane rower jest moj i zeby mi go jak najszybciej podal. Pociag rusza. Bagazowy patrzy zdziwiona mina to na mnie to na rower. Pociag jedzie coraz szybciej. Zaczynam isc rowno w pociagiem, ponaglam faceta. On w koncu chwyta rower w rece i konsultuje sie w kolegami na peronie. Zaczynam biec. Bagazowy juz chce mi podac rower, ale widzac, ze pociag jedzie coraz szybciej, zaczyna sie wahac. Nie wytrzymuje, krzycze na niego, reszta bagazowych na peronie mi wtoruje. Teraz ja zaczynam sie wahac, czy nie wskoczyc do wagonu. Coz bowiem zrobie z sakwami bez roweru?! Moje wahanie, jak i cala akcja, trwa ulamek sekundy. Nie ma czasu na glebsza analize sytuacji. Chwytam sie poreczy i przygotowuje sie do skoku. Bagazowy widzac moj zamiar w koncu ulega i podaje mi rower, a w zasadzie rzuca go w moje rece,
w ostatnim momencie...
.
Uff! Stawiam moj cenny pojazd na peronie, spogladam w strone zgromadzonych konduktorow i bagazowych, maja miny lekko rozbawione. Mi takze chce sie smiac, co trudem powstrzymuje probujac pretensjonalna mina wymusic na nich choc odrobine poczucia winy.
Po chwili odczuwam ulge, incydent traktuje jako nagrode za wczesniejszy stres i koncetracje, za ostroznosc i trzymanie sie zasady ograniczonego zaufania, a w zasadwie totalnego braku zaufania. Pomyslec, co by bylo, gdybym posluchal bagazowego i poszedl czekac na sprzet do biura? Rower pojechalby dalej, moze nawet do oddalonego o 300 km Fezu. Rezygnuje z analizowania problemow z jakimi wowczas przyszloby mi sie zmierzyc. Wystarczy juz tego stresu.
.
.
Wychodze przed budynek dworca prowadzac rower. Widzisz bracie jak musialem walczyc o Ciebie? Przed dworcem konsternacja. Po prawej stronie ten sam budynek hotelu Ibis – jak w przed dworcem w Casablance! Szybka analiza pozostalych szczegolow otoczenia – nie, nie, wszystko w porzadku. Pociag nie zatoczyl okregu, to nie TEN sam hotel tylko TAKI sam, w podobnym miejscu. Dluzsza chwile czekam na odbior sakw przed biurem bagazowym. Obok, na przydworcowym komisariacie jakas dzika awantura. W glownej roli mloda kobieta, ubrana w muzulmanski stroj z chusta na glowie. Krzyczy donosnie, a z tonu jej glosu wynika, ze zlorzeczy na kogos, tylko nie wiadomo na kogo. Raz po raz awantura przenosi sie na zewnatrz, przed drzwi komisariatu. W zajsciu uczestniczy jeszcz kilku mezczyzn, czesc z nich to policjanci. Jeden bez przerwy dzwoni z komorki do roznych ludzi i krzyczy do sluchawki. Przestaje, gdy rozwscieczona kobieta rusza w kierunku pozostalych mezczyzn, chwyta ja za reke niedopuszczajac do niechybnych rekoczynow. Przypatruje sie calej akcji wciaz czekajac na odbior sakiew. W koncu sa. Pytam bagazowego o co chodzi w awanturze. Ten, ze dokladnie nie wie, ale jakies sprawy osobiste, rodzinne i komentuje, ze niedobrze, gdy rodzinne brudy pierze sie publicznie.
Zawieszam sakwy i ruszam. Jest juz 23:30. Jedzie sie dobrze, ulice sa puste o tej porze. Bez wiekszych problemow docieram do centrum. Niestety – ani Hotel Splendide ani 6 innych, w ktorych pytalem, nie mialy wolnych pokoi. Nawet Hotel Berlin podejrzanie podswietlony rozowymi neonami byl complete. Jest juz po polnocy, robi sie niewesolo. W koncu jeden z hotelarzy radzi mi podjechac w okolice dworca glownego i popytac w nieco drozszych, bo wszystkie tanie o tej porze z pewnoscia sa juz zajete. Polecil mi hotel Terminus. Zajechalem tam szybciutko, raz po raz po drodze nagabywany przez mlodych chlopakow o haszysz i platny sex. Hotel duzy, elegancki, maja ostatni wolny pokoj. Az boje sie zapytac o cene. 120 zl. To gorna granica moich szybko modyfikowanych zalozen. Goracy prysznic i wygodne lozko wynagradzaja mi wydane pieniadze...
.

Sam

Madryt, lotnisko, bar The food gallery. 1.15 w nocy. 13-11-2008
Dzisiaj dotarlo do mnie, ze jade sam. Pierwszy raz jade sam w podroz. Te wszystkie nerwy od wczoraj to dlatego. Teraz rozumiem niedowierzanie wielu z Was, gdy Wam mowilem, ze chce jechac sam. Ale rzeczywiscie, swiadomosc faktu, ze od tej chwili biore pelna odpowiedzialnosc za wszystkie moje decyzje jakie przyjdzie mi podejmowac w badz co badz dzikich krajach, wyraznie mnie stresuje. Caly czas jestem spiety, w nocy przed wyjazdem prawie w ogole nie spalem. Przez to trace cala frajde, mila ekscytacje od poczatku podrozy. Po co ja tam jade? Po stres? Na co mi to? Co ja w ogole wyprawiam?

Musze byc stale skoncentrowany, uwazac na wszystko, miec oczy dookola glowy. Jak jedzie sie z kims, to partner zawsze moze w pore skorygowac jakis glupi pomysl, nieprzemyslna decyzje. W koncu co dwie glowy to nie jedna. Zatem najlepiej miec dwie glowy: jedna od pomyslow, a druga od korekty. Musze sobie taka sklonowac.

Po wyladowaniu na lotnisku w Madrycie, najpierw spokojnie, po chwili juz goraczkowo rozgladalem sie za miejscem, gdzie moglbym „przewaletowac” noc. Wydawalo mi sie, ze bedzie tu mnostwo odpowiednich miejsc – jakas poczekalnia, fotele, rzedy krzesel... A tu nic! Wszystkie te udogodnienia znajduja sie wylacznie w czesci dla podroznych po odprawie paszportowej. Kolejny stres – nie bede mial gdzie sie w nocy podziac, znow nie przespie kolejnej nocy, a jutro tyle spraw do zalatwienia, potrzebna bedzie pelna koncetracja... Opuscilem lotnisko, w koncu mam jeszcze duzo czasu, teraz i tak nic nie wymysle. Pojechalem metrem do centrum poczuc miasto, liznac chociaz, pochodzic troche (patrz – poprzedni post). Po powrocie na lotnisko poszedlem do jednego z wczesniej upatrzonych tutejszych barow. I co widze? Grzeczna jadlodajnia zamienila sie w haotyczna sypialnie. Ludzie leza gdzie popadnie. Niektorzy rozlozyli sie w spiworach przy samej scianie, inni spia na siedzaco bezposrednio przy stoliku, z glowami opartymi o blat. Najlepsze miejsca do lezenia – na czerwonych kanapach – juz dawno pozajmowane. Niektorzy jedza, rozmawiaja, ogolny balagan. Pije piwo i pisze. Stres mija. Zaraz polacze trzy krzesla i sie poloze.


Wciaz w Madrycie, po odprawie do Casablanki. 12:08, bar.

Najlepsze widoki na plyte lotniska sa w barach dla pasazerow po odprawie. Zaszedlem do takiego, ale wszystkie njlepsze miejsca, czyli te przy wielkich przeszklonych scianach, sa juz zajete. W samolocie tez kazdy chce siedziec przy oknie. Czlowiek potrzebuje przestrzeni przed soba. Ja chyba szczegolnie. To jedna z odpowiedzi na pytanie, dlaczego Afryka. Dlaczego sam.


W samolocie do Afryki, 15:15
Lecimy nad Morzem Srodziemnym, wzdloz wybrzeza Hiszpanii. Rejs promem bylby ciekawszy, bardziej spektakularny. Ale trudno, nie wyszlo.

15:10 (tak, bo po zmianie czasu)
Juz ja widac. Linia brzegowa ostro powycinana licznymi zatokami. Witaj Afryko!!!
Gory calkiem konkretne, skaliste. Kolory – rdzawy i ciemnozielony. Na jednym ze szczytow bieleje czapa sniegu. Uwielbiam przygladac sie swiatu przez okno samolotu. Teraz, daleko na horyzoncie, wysokie pasmo gor cale pokryte sniegiem. To z pewnoscia Atlas Wysoki.

15:50
Kola dotknely ziemi, zadudnilo, wyladowalismy...!
.

Zycie jak w Madrycie

Dzis wieczorem wyladowalem w stolicy Hiszpanii. Zostawilem bagaze w przechowalni i pojechalem metrem do centrum. Madryt jest prawdziwym knajpianym miastem. Bedac odpowiednio zamoznym, mozna by spedzic zycie codziennie odwiedzajac inna knajpe i smakowac jej specjaly. Wazka uliczka Calle de Hortaleza, ktora przed chwila sie przechadzalem, az kipi od wszelkiego rodzaju miejsc, gdzie mozna dobrze zjesc, napic sie i zabawic. A kazde kusi oryginalnym klimatem wnetrza, innym wystrojem, urzadzone zawsze z gustem i niebanalnie.
Patrze na tych wszystkich, rownie roznorodnych jak te miejsca ludzi, ktorzy siedza przy stolikach, stoja przy barach, otoczeni gronem przyjaciol, glosno rozmawiajac, smiejac sie... A przeciez dzisiaj srodek tygodnia. To jest zycie! Jak to w Madrycie!
Czy naprawde mozna tak zyc? Mysle, ze tak, pod warunkiem, ze na co dzien zajmujemy sie czyms ciekawym, aby wrazeniami calego dnia mozna bylo podzielic sie wieczorem z przyjaciolmi. Zeby bylo o czym rozmawiac, czym sie weselic. Jak w Dragonie zeszlej soboty...
Wracam na lotnisko, metro dziala do 1.30. Wasz Dominik.
ps.
A melodia tego jezyka... ah...

CZAS START !!!


Pakowanie roweru w karton to wcale nie takie hop-siup. Zwłaszcza, gdy próbować odkręcać pedały w drugą stronę. Namęczyliśmy się z ojcem, zanim odkryliśmy tajemnicę kierunku gwintu pedałów*, niesłusznie złorzecząc na pracowników serwisu rowerowego, którzy niedawno je przykręcali.

Pakowanie paczek, to "konik" mojego ojca. Naturalne zatem było, że po godzinnej batalii, kilka wielkich kartonów ostatecznie przybrało kształt idealnie dopasowany do roweru. Moja rola ograniczała się do przyklejania taśmy klejącej przy pomocy "pistoletu" w ściśle wyznaczonych przez tatę miejscach: i tu, i jeszcze tutaj, mocniej, naciągnij, jeszcze tu z boku, itd... Ojciec zwieńczył dzieło starannie mocując wokół pakunku sznurek, no bo przecież paczka bez sznurka to nie paczka. Muszę jednak przyznać, że efekt końcowy był jest godny podziwu. Mam nadzieję, że nie będzie problemu z załadowaniem paczki do samochodu Justyny.

Teraz jeszcze tylko muszę wybrać i zgrać muzykę na mp3 i mogę pójść spać. Nie wiem jednak, czy będzie to takie łatwe. Muszę przyznać, że takiej reise fieber jaką mam od wczoraj, to jeszcze nie miałem. W ogóle nie należę do osób zbytnio przejmujących się takimi rzeczami jak wyjazd, ale widocznie to będzie podróż na zupełnie innej skali, z zupełnie innej półki. Poza tym, do ostatniego dnia załatwiałem wiele ważnych spraw warunkujących mój wyjazd. Pełna koncentracja od wielu dni odbija się na stanie moich nerwów...

Chciałbym bardzo podziękować wszystkim uczestnikom sobotniego spotkania w Dragonie. Jeszcze raz Wam dziękuję za wszystkie upominki które od Was dostałem, oraz za słowa otuchy i życzenia. Jak przystało na gospodarza imprezy, wyszedłem ostatni, a właściwie to razem z Darkiem - opuściliśmy lokal nieco po szóstej. SIE DZIAŁO... Uwielbiam Was i nie mogę się doczekać imprezy powitalnej w maju! Oby nie wcześniej.

Następny post to juz raczej z Czarnego Lądu.
Bywajcie!
d

*dla niewtajemniczonych - prawy pedał zakręca się w prawo, a lewy w lewo.

EKWIPUNEK

Dziś kupiłem kolejne elementy mojego wyposażenia - lista spraw do załatwienia uszczupliła się o kolejne pozycje. Jeszcze tylko ładowarka słoneczna (ma przyjść jutro), ubezpieczenie (na pół roku to całkiem spora sumka, na szczęście mogę liczyć na pomoc przyjaciół w branży - dzięki Aniu!), skuwacz do łańcucha (gdzieś mi się zapodział), kopie map, kompas, termometr i jeszcze parę drobiazgów, które mi pewnie jeszcze wpadną do głowy.

Poniżej przygotowałem coś dla bardziej dociekliwych:

(kliknij aby powiększyć)

Legenda

1. "Action Zone", made in USA (nalepkę tej treści przezornie zdrapałem).
Rower ten kupiłem jeszcze na początku studiów, więc ma ok. 14 lat. Na uwagę zasługuje ubarwienie ramy w estetyce wczesnych lat 90-tych - dziś niezwykła rzadkość. Z resztą rama ta wraz z kierownicą stanowią bodajże jedyne oryginalne części tego roweru. W ostatnim czasie wymieniłem obydwa koła, łańcuch, wielotryb tylni i przednią korbę z pedałami, siodełko i bagażnik. Aha, jeszcze błotniki są stare. Spławik namawia mnie, abym je wymienił na plastikowe - bo lżejsze (tak jak i pedały - na aluminiowe z koszyczkami, do których Spławik się tak przyzwyczaił, że - jak twierdzi - dziś już nie wyobraża sobie bez nich jeździć), ale myślę, że dość już tych wydatków. Przystosowanie tego roweru do wyprawy już pociągnęło za sobą środki dwukrotnie przekraczające jego wartość rynkową.

2. Śpiwór - mały i całkiem ciepły, komfort od 0 do +5.

3. Polar - w zasadzie jedyny ciepły ciuch jaki biorę. Jeszcze kurtkę przeciwwiatrowo/deszczową. Powiedzmy, że leży pod nim.

4. Namiot. 2-osobowy, bo... bo luźniej. 2,6kg, z tropikiem, na który deszcz spadnie pewnie dopiero w tropikach gwinejskich.

5. Karimata. Lidka, nie uzgadniałem tego jeszcze z Tobą, ale jeśli nie masz nic przeciwko, to chętnie bym ją pożyczył... Rozważałem matę samopompującą, ale jak natrafi na kolec, to już i po macie i po samopompowaniu.

6. Koszulki (2 szt.) z materiałów hydroaktywnych czy jakoś tak, w każdym razie odprowadzają wilgoć na zewnątrz i szybko schną.

7. Narzędzia i zapasowe części do roweru (np. łańcuch, wielotryb, szprychy)

8. Latarki - czołówki ledowe, jedna wypas "Petzl" (75 zł), a druga podobna, ale za 6 zł - na pchlim targu niedawno nabyta.

9. Zapasowe opony. Znów - Spławik namawiał mnie na Schwalbe, że niby z warstwą przeciwprzebiciową - ale 127 zł za sztukę to jak na moją niskobudżetową wyprawę nieco za dużo. A tak nawiasem mówiąc, Wojtek od nas z Sorusa ma Schwalbe, i złapał kapcia. Choć przyznać trzeba, że były już całkiem łyse.

10. Zapasowe dętki - 4 szt.

11. 30 m sznurka. Podobno na pustyni się przydaje, bo przy studniach nie zawsze jest linka z naczyniem. No i w ogóle, sznurek jak to sznurek, zawsze się może przydać.

12. Smar do łańcucha "na warunki trudne".

13. Łatki na przebite dętki. Sztuk 50, + dwie tubki kleju.

14. Klocki hamulcowe

15. Pompki do roweru. Zainspirowany perypetiami Wróbla w tej materii, zdecydowałem się wziąć dwie, w tym jedną z metalu (ale pompuje nieco gorzej - sprawdziłem).

16. GPS. Kupiony dziś. Spory wydatek - 381 zł. Do ostatniej chwili się wahałem. Z jednej strony daje poczucie bezpieczeństwa, ale z drugiej - zachęca do podejmowania większego ryzyka w wyborze tras... Mam weekend na zaznajomienie się z tym nowym koleżką.
Przypomniało mi się, jak kiedyś, jeszcze za czasów pracy w Abbott-cie, będąc w Pniewach chciałem skorzystać z bankomatu. Zajmował go pewien starszy jegomość, ewidentnie sobie nie radząc. Widząc mnie, zwrócił się do mnie tymi słowy: - Panie, jak się tego diabła obsługuje?!
Mam nadzieję, że mi z GPS-em pójdzie łatwiej.

17. Tzw. "żółta książeczka", z adnotacją o szczepieniach.

18. Paszport.

19. Menażka, kubek, łyżko-widelec, ręczniczek kuchenny.

20. Apteczka - m.in. z lekami antymalarycznymi.

21. Notatnik. Made in Sorus - Pani Grażynka.

22. Przewodnik "West Africa".

23. Mapy (Afryka Zach., Mauretania, Gwinea).

24. Inspiracja. Lektura obowiązkowa dla wszystkich. Czy ktoś jeszcze nie czytał reportaży Kazika???

25. Statyw - ciężki w diabły, trudno...

26. Termos na filmy. Szczególnie slajdy są wrażliwe na wysokie temperatury. Mieści 22 filmy typu 120.

27. Mamiya 645 z kompletem obiektywów (w tym dwa Adama).

28. Pozostałe filmy, które się nie zmieściły do termosu.

29. Miejsce na aparat Olympus E-400, którym robiłem to zdjęcie.

30. Okulary przeciwsłoneczne - 2 pary. Dziś przybyła ta druga, zasłonięta lekko. Magda - jeszcze raz dziękuję!

31. Mydło, szczoteczka do zębów, pasta itp.

No i tyle.
Zaczyna się końcowe odliczanie!
D

Tak w ogóle to...

nie chciałem pisać bloga. Przede wszystkim dlatego, że wydało mi się to oklepane, banalne. Wszyscy teraz piszą bloga. A ci podróżujący szczególnie. Przeczytałem kilka takich relacji z podróży, szukając potrzebnych mi informacji. Jedne lepsze, inne gorsze, ale wszystkie bardzo podobne: pojechaliśmy tam, widzieliśmy to, jedliśmy tamto, trochę narzekania na warunki, na ludzi itd, trochę zachwytów egzotycznymi pejzażami itd. Nie chciałem powielać tego schematu.
Poza tym w mojej podróży pociągała mnie perspektywa oderwania się od cywilizacji, od telefonu, internetu, pobycia sam na sam z samym sobą, w otoczeniu dzikiej przyrody, dłużej niż jeden dzień, tydzień, miesiąc... Dlatego wizja szukania po drodze kawiarenek internetowych i przesiadywanie w nich całymi godzinami aktualizując blog napawała mnie niechęcią.

Jakiś czas temu mama podsunęła mi adres bloga niejakiego Wróbla (http://docieplychkrajow.blox.pl/html). Pierwsza część jego transafrykańskiej trasy (również rowerem) pokrywała się z moją, więc chętnie tam zajrzałem i... utonąłem. Polecam wszystkim ten blog. Wróbel pisze świetnie, niebanalnie, wątki codziennych trosk i przygód przeplatają się z głębokimi przemyśleniami na tematy społeczne, psychologiczne, polityczne i artystyczne. Wróbel to nie byle gość, jest absolwentem malarstwa na poznańskim ASP, ma szerokie zainteresowania muzyczne, obeznany w literaturze. Najlepiej czytać jego blog od początku, podążając wraz z nim i wraz z nim przeżywając kolejne podróżnicze doświadczenia. A tych nie brakuje.

Tak, blog Wróbla mnie przekonał, że to ma sens, że WARTO PISAĆ BLOGA! Tak więc zacząłem.
d.