A może by tak spocząć, znaleźć cień... (26/27-03-2009)




Niełatwo jest pogodzić podróżowanie rowerem z robieniem zdjęć. Trzeba wszystko dobrze zaplanować. Chciałbym więcej czasu spędzić w Hombori i okolicy, skupić się na zdjęciach, ale nie mam czasu, gna mnie wygasający termin wizy, muszę ją przedłużyć. Nie sądziłem, że 2-miesięczna wiza mi nie wystarczy, nie planowałem poznać Mali aż tak dogłębnie. No ale tak wyszło, jakoś tak...

Z Hombori ruszam po siódmej, zdjęcia przy Ręce Fatimy to 2 cenne - „chłodne” poranne godziny, a i tak zdecydowanie za mało. Nie tak to powinno wyglądać, powinienem tu spędzić 3 dni, objechać te skały z każdej strony, zobaczyć jak wyglądają o różnych porach dnia... No ale wiza, a jeszcze Kraj Dogonów, do Burkina i tak nie jadę, nie po drodze, nie rozerwę się.
Jadę. Okolica przepiękna, skały mają ciągnąć się aż do Douentzy. Gapię się na nie non-stop, zadzieram wysoko głowę, dobrze, że mały ruch na drodze. Przychodzi upał, czas rozejrzeć się za miejscem na odpoczynek, w cieniu, gdzie będę mógł się zdrzemnąć, gdzie nikt mi nie będzie przeszkadzać. Niełatwo o takie miejsce. Dużych drzew niewiele, a te nieliczne zajęte – stadka kóz, krów, pasterze... Chcę się schować, chcę mieć trochę intymności. A może tu po lewej? Skała tworzy wielką pionową ścianę, u podnuża kilka drzewek. Zwalniam. Niestety – dostrzegam kilka glinianych domów, jakieś dzieci. Zauważyły mnie, zrywają się, cała chmara, zaczynają biec w moim kierunku krzycząc jak opętani: tubab! tubab!



Nie znajdę miejsca na odpoczynek, ale wkrótce dojadę do Boni, małej miejscowości w połowie drogi do Douentz'y, podobno dziś mają dzień targowy. Może się nie zdrzemnę, ale na pewno się dobrze najem.
Ohoho! Targ w Boni to widowisko nietuzinkowe. Miasteczko położone jest pomiędzy dwiema wielkimi skałami, targ odbywa się w labiryncie wąskich uliczek pomiędzy niskimi budynkami z pomarańczowej gliny. Widziałem już wiele targów, ale ten jest wyjątkowo barwny. Pamiętam, jak jeszcze w Djenné jeden z napotkanych turystów emocjonował się wycieczką do pobliskiej wsi zamieszkanej przez Fula, gdzie największą atrakcją miała być możliwość zobaczenia i zrobienia zdjęcia tamtejszym kobietom, które noszą charakterystyczne wielkie złote kolczyki. Wycieczka nie do końca się udała, bo tego dnia żadna z napotkanych kobiet takich kolczyków nie miała. Tu, na targu w Boni, co druga ma takie kolczyki.
Postanawiam spędzić tu całe popołudnie. Stawiam rower przy jednym z butików, właściciel obiecuje strzec go, choć i tak wiem, że tu w Mali, szczególnie na wiosce, nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby zajrzeć do sakwy.
Idę na rekonesans, poszukać czegoś do jedzenia. Towarzyszy mi spora grupka dzieciaków, nie sposób je zgubić. Młode dziewczyny mają w miskach jakieś specjały, których tu jeszcze nie jadłem (kluseczki z jakąś zieleniną i przyprawami), postanawiam spróbować. Zarówno młode sprzedawczynie jak i tłumek towarzyszących mi dzieciaków wytrzeszczają oczy z niedowierzaniem, że tubab chce jeść takie rzeczy. Za ile chcę? Za 100 franków. Dziewczyna odlicza pojedyncze kluseczki, każda kosztuje 10. Robi się niezłe zamieszanie, bo chcę zjeść na miejscu, a uliczka jest wąska, ludzie chcą przejść, a tłum gapiów tamuje ruch. Tym niemniej dziewczyny są zachwycone, nawet łyżka się znalazła - specjalnie dla mnie. Gdy już zjadłem , jedna ze sprzedawczyń pyta mnie, czy chcę napić się mleka. Mleko? Toż to rarytas! W Mali dostępne zazwyczaj w proszku i to dość drogo, a świerze w kartonikach tylko w dużych miastach, w co lepszych sklepach. Pewnie, że chcę. Dziewczyna prowadzi mnie do starszej babki, która już po chwili z naczynia z tykwy przelewa mi mleko do plastikowego woreczka – śmiesznie tanio. Mleko okazuje się kwaśne, tzn zsiadłe, ale dobre. Trudno oczekiwać w tych temperaturach, żeby było inne. Najedzony odpoczywam na krześle przed butikiem, gdzie zostawiłem rower. Smsuję z Mirkiem – moim bratem – który właśnie odnalazł Boni w internecie i ogląda je na zdjęciach satelitarnych. Obaj jesteśmy ciekawi, co widzi każdy z nas.















Po całym dniu spędzonym w gwarnym Boni mam ochotę na znalezienie zacisznego miejsca na rozbicie namiotu, najlepiej gdzieś przy skałach. Z Boni do głównej szosy wiedzie kilkukilometrowa szutrówka, żeby dotrzeć pod skały, trzeba z niej zjechać i przedrzeć się piaszczystymi bezdrożami pomiędzy drzewami akacji. Dojeżdżam pod skałę, ale dostać się pomiędzy skały, gdzie będę mógł cieszyć się intymnością, nie jest łatwo. Muszę zdjąć sakwy i po kolei przenosić je wspinając się po głazach do małej polanki między nimi. Nie idzie mi to szybko, muszę uważać na mój palec, rana nie goi się najlepiej. Z zewnątrz moje zmagania muszą wyglądać co najmniej dziwnie, szczególnie wówczas, gdy tarabanię się po skałach z rowerem na plecach.
Gdy już wszystko przeniosłem, zabieram się do kolejnych rytualnych „czynności biwakowych” - rozbijam namiot, wkładam do środka sakwy, każdą w innym jego rogu, wyciągam zawczasu latarkę, żeby nie szukać jej po ciemku. Następnie zbieram drzewo na opał – w rękawiczkach rowerowych, żeby się nie pokłuć, bo najczęściej są to gałęzie akacji. Wybieram miejsce na ognisko – tu sprawa nie jest taka oczywista, ważne jest określenie kierunku wiatru, żeby dym nie wyciskał mi łez i żeby nie dostawał się do wnętrza namiotu, a jednocześnie nie za daleko, dokładnie na długość karimaty, na której będę siedzieć, a potem leżeć, gdy już zjem. Montuję także mój polowy „prysznic” - nie ma nic przyjemniejszego, jak zasiąść do kolacji umyty, wypłukany z afrykańskiego pyłu. A gdy sił brak, to chociaż stopy... I gdy już umyty, najedzony, nie wchodzę do namiotu, za ciepło. Tylko śpiwór na karimatę, wełniany kocyk pod głowę, notatki, książka... Ciemno dziś, od wielu dni nie widzę gwiazd, mrok zupełny, cisza. Wieczorami męczy mnie katar, kaszel, przeziębiony jestem od kilku dni, pewnie przez to ciągłe picie, pocenie się, i jazdę z wiatrem. A może przez harmattanowy pył w powietrzu, nawet w przewodniku o tym piszą. Poza tym nie czuję się najlepiej, przejadłem się dzisiaj, chciałem spróbować wszystkiego, chyba całe popołudnie coś wsuwałem. Po co ta kolacja teraz była? Chyba tylko dla rytuału, z przyzwyczajenia, dla przyjemności, z nałogu. Długo nie mogę zasnąć tej nocy.



Rano niemiła niespodzianka – flak. Kolec-gigant wszedł w bok opony – nie miała szans. Szkoda, bo czas tracę, czas chłodu. Naprawiam, znoszę po kolei wszystkie sakwy i rower z mojej kryjówki. Zakładam i ruszam, tzn pcham, bo piasku za dużo, to pole jakieś chyba. Co? Znowu flak, tym razem tylne koło. Całą operację wykonuję w towarzystwie młodego pasterza kóz, który bacznie przygląda się każdej czynności. Zdaje się, że łatka się odkleiła, zresztą podwójna. Wymieniam dętkę na inną, poklejoną w wielu miejscach, ale pewniejsze i szybsze to, niż zabawa z klejeniem pechowego miejsca. To przedostatnia „dobra” dętka, pozostałe już się chyba nie nadają. Kolejne pół godziny w plecy. W końcu ruszam, szutrówką, wkrótce będę na szosie, tam stoi mały domek z mini-barem, gdzie można wypić kawę, tam zaplanowałem śniadanie. Czy wyobrażacie sobie moją minę, gdy 300 metrów przed barem stwierdzam, że naprawione przed chwilą koło znowu nie ma powietrza?
Naprawiam. Nie mam wyjścia, muszę kleić. Tzn. odkleić starą łatę i nakleić nową. Martwię się tym, bo jak tak dalej pójdzie, to będzie źle. Co prawda mogę kupić nowe dętki, ale tutejsze pasują tylko do tylnego koła, bo przednie ma taką szeroką, wydłużoną felgę, a tutejsze dętki mają za krótkie wentyle – nie nadają się. Same problemy...

Zamiast o siódmej, w drogę wyruszam grubo po dziewiątej. Krajobrazy piękne, ale zatrzymywać na zdjęcia chce mi się coraz mniej, chcę dojechać do tej Douentzy, tam solidnie wypocząć, ze dwa dni chociaż. Nie dojadę jednym ciągiem, wczesnym popołudniem rozglądam się za miejscem na odpoczynek. Po prawej stronie dostrzegam miejsce doskonałe – kilka potężnych drzew stojących obok siebie. Zjeżdżam. Wielki powalony pień natychmiast zachęca mnie do wyjęcia aparatu. Ale jak spod ziemi pojawia się dwóch chłopców, naturalnie zainteresowanych kontaktem z tubabem. Staram się być miły, w końcu jestem na ich terenie, witam się uprzejmie, robię im zdjęcie. W końcu na migi tłumaczę im, że chcę się położyć, odpocząć. Wygląda na to, że rozumieją, ale nie odchodzą. Wyciągam karimatę i rozkładam się przy drzewie, zamykam oczy. Nie odchodzą. Gadają między sobą. Nie pozbędę się ich tak łatwo. Może zdrzemnę się naprawdę? Ale gadają, więc nie zasnę. Przykładam palec do ust pokazując, że proszę o ciszę. Skutkuje. Po chwili milczenia odchodzą. Czekam aż znikną po drugiej stronie szosy i zrywam się, bo to okazja, żeby zrobić zdjęcia. Jestem zmęczony, nie bardzo mi się się chce, ale miejsce jest naprawdę wyjątkowe, wyciągam statyw, Mamiyę, sesja na całego. Jednak szczęście nie trwa długo, wieść o postoju tubaba po drugiej stronie szosy rozniosła się szybko i po pół godzinie pokaźna gromadka chłopców przybiegła mi towarzyszyć. Pal licho zdjęcia, za chwilę naprawdę chciałem się przespać, potem coś zjeść. Co ja mam z nimi zrobić? Postanawiam pracować dalej, nie zwracając na nich uwagi, może zrozumieją, że niespecjalnie mam ochotę na towarzystwo. Robię swoje, nawet nie spoglądam w ich stronę. Szepczą coś między sobą, czuję ich spojrzenia na plecach. Po jakiejś chwili odwracam się żeby pójść po obiektyw, zerkam w ich stronę i... co widzę? Wszyscy stoją w równym szeregu, trzymają się za barki, niczym pozująca do zdjęcia drużyna piłkarzy. Rozbroili mnie, nie mogę powstrzymać uśmiechu, niech im będzie. Przestawiam ich przy „moim” pniaku, żeby było ciekawsze tło i robię zdjęcie moim młodym piłkarzom.











Do Douentz'y docieram o zmroku, kilometr przed miastem znowu flak.

Widzicie? Chciałem, ale nie dałem rady, nie skończę dzisiaj tego postu, rozciągnął mi się, ciągle coś, a najważniejsza przygoda dopiero przede mną. Jest środek nocy, dobranoc...

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Domino super, że wróciłeś cały i zdrowy. Czytanie Twojego bloga było fascynujące. Robisz naprawdę obłędne zdjęcia. Chętnie zawitałabym w piątek do Dragona, ale niestety nie ma mnie w Pyrlandii. Może innym razem. Pozdrowionka. Olga A.

Dominik pisze...

Dzięki serdeczne! Już teraz zapraszam na spotkanie ze slajdami, jeszcze nie wiem kiedy i gdzie, ale dam znać na blogu. Pozdrawiam!!!
Dominik

Anonimowy pisze...

Super to czekam na info:-)
No i nadal będę czytać.... Olga

Anonimowy pisze...

Zainteresowalam się Twoim blogiem po przeczytaniu artykułu o Twoim podróżowaniu w Gazecie Wyborczej. Teraz wiem, że mimo iż bardzo mnie zainteresowal, nie pobudzał wyobraźni tak, jak Twój blog w calości, jak jego poszczególne zdjęcia, teksty. Są świetne. Zdjęcia robią fenomenalne wrażenie, te przedstawiające dzieciaczki przede wszystkim.
Gratuluję Ci tej pasji, tej ciekawości i wytrwałosci. Mam nadzieję, ze kiedys i ja zbiorę się w sobie i uda mi się dokonać coś, chocby w połowie tak pobudzającego do życia, jak Twoje "afrykowanie". Pielegnuj w sobie tę siłę, która czyni Cię tak niezwyklym, która pozwala Ci cieszyc się światem, całym światem. ANNA.

domin pisze...

Pięknie dziękuję... Trzymam kciuki za realizację Twoich marzeń!

LOC pisze...

Nie ma za co, sama przyjemność tu zaglądać i dodac coś od siebie.
Ja też trzymam kciuki za siebie i oczywiście w dalszym ciągu za Ciebie. Anna